środa, 22 marca 2017

Deszczowy prolog



Leje deszcz. Chodzę po murku. Z jednej strony daleko w dole płynie rzeka, a z drugiej jest zwykła ulica. Czuję pustkę. Tylko deszcz i ja.
 Idę przed siebie, aż drogę blokuje mi siedzący, zakapturzony chłopak palący papierosy. 
Nie omijam go, tylko siadam i pytam czy mogę jednego. Chłopak milcząc podaje mi paczkę papierosów. Siedzimy, palimy, a ciszę zagłusza tylko uderzający o asfalt deszcz. Mimo, że jest zimno i jestem cała mokra, czuję spokój. Taka dziwna świadomość, że tak właśnie ma być. Dokładnie w tej chwili mam być tutaj i nigdzie indziej. Zostało to ustalone w dniu moich narodzin.
Nagle, co mnie w sumie trochę wystraszyło, zakapturzony pyta jak mam na imię. Odpowiadam tylko „Ćsiii”. Nadal milczymy, ale ta cisza nie jest spokojna. Rozdrażnił mnie. No trudno. Zmęczona irytującą ciszą pytam
- O czym myślisz? – jednak on nie odpowiada, a mi nadal cisza tak jakoś nie pasuje. – Właściwe… to czemu tak siedzisz w tym deszczu?
- Mam nadzieje, że jebnie mnie zapalenia płuc i zdechnę. – Zupełnie jakby ktoś mnie uderzył. Ten głos, słyszałam go tylko raz w życiu, 11 miesięcy temu… to ON. Moja pierwsza miłość, obsesja, ból, zazdrość, tęsknota. To ON. Przez ten cały czas siedziałam obok niego… spokojna… nie… - A ty?
Ja? Tak bardzo…
- Chciałam spędzić z tobą trochę czasu.
Wstałam i sobie poszłam. A iskierka spokoju, którą zdążył wcześniej zniszczyć, powróciła na nowo. Zbudziłam się. Wyspana. O ósmej. W sobotę.

Czytaj: Rozdział pierwszy


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz